Niejednokrotnie zdarza się tak, iż młode pary opierają swój związek najpierw na ogromnym zauroczeniu i fascynacji, później to wszystko przechodzi w zwykłe przyzwyczajenie. Już nie zwracają na siebie tak uwagi, nie myślą o sobie nawzajem, nawet mogą się zdarzyć zdrady, jednak są ze sobą, bo przyzwyczaili się, że ten drugi jest, że są z kimś. I tak mija często dzień za dniem, i tak już przyzwyczailiśmy się do siebie nawzajem, że i owszem, nie wyobrażamy sobie bez siebie życia. A zatem i zaręczyny, i przygotowania do ślubu – i to wszystko mechaniczne, bo trzeba, znów z przyzwyczajenia. A jeśli jeszcze po drodze pojawiło się dziecko, to już w ogóle nie byłoby nawet okazji do zastanowienia się nad tym, czy to na pewno ten/ na pewno ta. I tak często już moment przed ołtarzem jest tym last minute, w którym można jeszcze się odwrócić na pięcie i odejść. Niestety, niewiele osób korzysta z tej formy. Oczywiście, początkowo po ucieczce z kościoła odbiera się to, jako wielki dramat, ale w miarę upływu czas dostrzega się to, że to była najlepsza decyzja w życiu. Bo przecież całe życie spędzić z człowiekiem, którego się nie kocha; z którym się jest tylko z przyzwyczajenia… Dlatego czasem warto otworzyć szerzej oczy i wykorzystać to ostatnie last minute. Szczególnie w tak ważnym aspekcie. Czasami, bowiem to last minute może się okazać wybawieniem.